Wywiad z dr inż. arch. Krzysztofem Nawratkiem


Szanowni Państwo!

Na łamach czwartego numeru Metropolitana ukażą się trzy wywiady: z Krzysztofem Nawratkiem, Wiesławem Bielawskim i Piotrem Lorensem. Już dziś zachęcamy do zapoznania się z pierwszym z nich.

Pobierz PDF lub czytaj niżej!

dr inż. arch. Krzysztof Nawratek – wykładowca architektury na Uniwersytecie w Sheffield, badacz teorii miasta, autor książek o tematyce miejskiej, m.in. Miasto jako idea polityczna

 


Partycypacja potrzebuje dobrze zdefiniowanego interfejsu

Wywiad z Krzysztofem Nawratkiem. Rozmawiała: Barbara Tusk

Skąd nagły wzrost zainteresowania partycypacją? Skąd „moda” na nią?

Myślę, że motywacja jest oddolna. Pojawiły się konflikty, pojawiły się ruchy miejskie, pojawili się mieszkańcy, którym nie podoba się to, co robią władze miasta. Tego typu działania wymusiły zachowania włączające. Poza tym udział mieszkańców [we współdecydowaniu] jest zapisany w ustawie – istnieją ramy prawne, które umożliwiają takie działania.

Jesteśmy w Trójmieście, tu wydarzył się pierwszy budżet obywatelski – w 2011 w Sopocie; później był Gdańsk, najpierw z dzielnicowym budżetem partycypacyjnym we Wrzeszczu, później w całym mieście. Z jednej strony jest to najbardziej namacalne, wymierne osiągnięcie w kwestii włączania mieszkańców we współdecydowanie, z drugiej strony jego skala jest niewielka, w przypadku Gdańska stanowi ok. 0,5% wydatków miasta.

Budżety partycypacyjne to pewna manipulacja i oszustwo – budżet partycypacyjny z Porto Alegre[1], do którego się zwykle odnosimy, był zupełnie inny. Nie tylko jeśli chodzi o skalę – w zasadzie cały budżet miasta był rozdysponowywany w sposób partycypacyjny, ale także jeśli chodzi mechanizm negocjacji, uchwalania – to było coś zupełnie innego. Nie mam dokładnej wiedzy, jak działają budżety partycypacyjne w Trójmieście, ale wiele budżetów partycypacyjnych w Polsce działa na zasadzie konkursu ofert – przetargu społecznego, gdzie najsilniejsi są w stanie wywalczyć najwięcej. Esencja budżetu partycypacyjnego w Polsce jest trochę zgniła. Nie chciałbym jednak stać na stanowisku, że to jest zło i należy to odrzucić albo zignorować. Nawet jeśli to jest zgniłe w rdzeniu, to mechanizmy, które pozwalają to uruchamiać są – lub przynajmniej mają szansę się stać – pozytywne, ponieważ mogą być używane do mobilizacji społecznej. Na przykład w Warszawie tak to zostało potraktowane przez tamtejszych działaczy miejskich, ale podejrzewam, że w innych miastach mogło być podobnie: weszli w to z całą świadomością tego, że nie jest to – delikatnie mówiąc – idealny mechanizm, ale pozwala ludziom się zebrać, zastanowić, czego rzeczywiście chcą i domagać się więcej. Reasumując – uważam to za pewne otwarcie, za włożenie stopy w drzwi i szansę na popchnięcie partycypacji dalej. Musimy się zastanowić, po co jest partycypacja i co chcemy osiągnąć – wydaje mi się, że celem budżetu obywatelskiego jest właśnie mobilizacja społeczności miejskiej, decentralizacja, czy delegacja władzy i demokratyzacja aspektów zarządzania miastem. Taki był początek, istota tego, co wydarzyło się w Porto Alegre: mamy dość władz miejskich, które w zaciszu gabinetów „decydują, co i jak”, więc demokratyzujemy ten proces, pozwalamy ludziom wypowiadać się na ten temat, jak to robić i przejąć do pewnego stopnia odpowiedzialność za miasto. Z mojego punktu widzenia to jest absolutnie najważniejsze – jestem obsesyjnie zainteresowany upodmiatawianiem społeczności miejskiej i miasta jako takiego. Akurat ten mechanizm powszechnej mobilizacji daje szansę na to, żeby ta podmiotowość była budowana. Nie daje żadnej gwarancji – to się oczywiście może skończyć zniechęceniem. Jeśli nie uda się wywalczyć tego, co ludzie chcą, jeśli skończy się to na ławeczkach i trawniczkach – to może się stać zabawą klasy średniej.

Używa Pan mocnego sformułowania, że budżet obywatelski jest zgniły w rdzeniu, że nie powinien skupiać się jedynie na ławeczkach, małej skali, konkursowym wyborze ofert. Jednak z drugiej strony, czy jesteśmy w stanie od razu przeskoczyć z całkowitego braku zaangażowania społeczeństwa w decydowanie o przestrzeni – w podejmowanie decyzji o przyszłości miasta?

To jest interesujące filozoficzne pytanie, to jest pytanie czy jest nam bliżej do Hobbesa czy do Spinozy. Czy uważamy, że ludzie to jest bezkształtna magma, którą dopiero trzeba ukształtować, wychować i ona wytworzy pewne struktury i instytucje, które będą zdolne przejąć odpowiedzialność za miasto, czy też uważamy, że ludzie mają swój rozum, istnieją w jakichś relacjach i strukturach i są [na to] gotowi już teraz – jeśli otworzy się odpowiednia przestrzeń, to oni ją wypełnią. Ja jestem pomiędzy tymi dwoma opiniami. Wydaje mi się, że to wszystko jest rodzajem eksperymentu społecznego. Moim zdaniem fundamentalnym problemem w Polsce nie jest to, że coś robimy albo czegoś nie robimy, tylko że tego nie monitorujemy. Instytut Obywatelski podjął próbę zrozumienia mechanizmów i tego, co się wydarzyło w budżetach obywatelskich. To jest bardzo ważna próba i tak to powinno funkcjonować: otwieramy możliwość, sprawdzamy, co się tak naprawdę stało, jak ludzie do tego podeszli, jakie są problemy i jak można to usprawnić. To jest oczywiście wielkie pole popisu dla Uniwersytetów.

Przyznaje Pan, że sam jest pomiędzy dwoma stanowiskami – jak więc można próbować decydować o tym, gdzie postawić między nimi granicę: do jakiego stopnia ludzie są w stanie podjąć intuicyjnie dobre decyzje, a od którego momentu decyzję powinni podejmować eksperci?

Wydaje mi się, że to nie jest kwestia ustalania granic, to jest kwestia definiowana interfejsu. Definiowana tego, w jaki sposób ludzie i grupy ludzkie się ze sobą porozumiewają. To oczywiste, że jeśli wyrwiemy z kontekstu interes bloku, dzielnicy, to powstanie klasyczny NIMBY[2]-izm: ludzie powiedzą, że nas nie interesuje nasze miasto, nas interesuje nasze drzewko, nasza ławka i tak dalej. To jest tak naprawdę pytanie o mechanizm wkładania ich partykularnych interesów w szerszy kontekst i tu jest rola [do odegrania dla] ekspertów. Ona nie powinna być moim zdaniem rolą decydującą. Jeśli wierzymy w demokratyczne mechanizmy sprawowania władzy, to bądźmy konsekwentni – chyba, że uważamy, że demokracja to jest ściema i pan prezydent i tak wie najlepiej. Jednak ustalmy, że wierzymy w demokrację, więc to jest pytanie o mechanizmy, które pozwalają demokracji funkcjonować i być skuteczną. Tutaj eksperci mają do odegrania olbrzymią rolę, która powinna być sprowadzona do tłumaczenia i pokazywania konsekwencji poszczególnych działań i pomagania różnym społecznościom miejskim i dzielnicowym się ze sobą porozumiewać, bo to jest najtrudniejsze. W mieście, w którym mieszka pół miliona mieszkańców albo więcej, ilość partykularnych interesów jest olbrzymia.

Mówi Pan o partykularnych interesach i „NIMBY-izmie” – wyobraźmy sobie więc sytuację, w której władze planują budowę drogi o dużym natężeniu ruchu, mającą przebiegać przez czyjeś ogródki. Załóżmy, że niewielka grupa mieszkańców z najbliższej okolicy będzie całkowicie przeciwna, jednak reszta mieszkańców miasta – w dużo większej liczbie – będzie popierała plany, jeśli uznają, że nowa droga ułatwi im codziennie dojazdy. Czy rzeczywiście można tak dalece wykształcić te społeczne mechanizmy, że także ci, którzy tracą na wprowadzeniu jakichś zmian, są w stanie je zaakceptować?

To jest bardzo dobry przykład – on pokazuje, że jeśli postawi Pani pytanie w taki sposób, w jaki je Pani postawiła, to pewnie odpowiedź będzie brzmiała nie. To jest konflikt, którego za bardzo nie da się rozwiązać. Natomiast wydaje mi się, że jeśli cofniemy się i zadamy pytanie, czego tak naprawdę chcą i nie chcą lokalni mieszkańcy i czego chcą i nie chcą ci, którzy popierają tę drogę, to jesteśmy w stanie znaleźć trzecie rozwiązanie. W Gliwicach – skąd pochodzę – władze zaprojektowały przez środek miasta drogową trasę średnicową. Były protesty, które zresztą były bardzo interesujące, bo zebrały środowiska ideologicznie bardzo odległe: od skrajnej prawicy do skrajnej lewicy, ale były za słabe – władze zrobiły to, co chciały. Protesty były słuszne – myślę, że dziś większość ekspertów się zgodzi, że wytyczanie drogi o takim natężeniu ruchu przez środek miasta jest niemądre – na świecie takie drogi się zakopuje, likwiduje, zakrywa. Chcę zwrócić uwagę na fakt, że protesty, nawet jeśli na początku wydają nam się pieniactwem, czymś co stoi na przekór postępowi, niekoniecznie takie są – każdy taki proces daje szansę na dwie rzeczy. Po pierwsze, na dopracowanie mechanizmów demokracji i negocjacji: tego jak rozmawiamy z ludźmi, czyli nie na zasadzie demokracji mechanicznej: „jest nas 51%, więc pozostałe 49% może spadać”, na budowanie inkluzywnej wspólnoty miejskiej. Po drugie – skądś ten proces się bierze i niekoniecznie bierze się z czystego egoizmu – nawet ci, którzy protestują, aby zdobyć większe poparcie muszą racjonalizować [swoje postulaty]. Budują pewną narrację szerzej, wokół np. zanieczyszczenia powietrza, ochrony przyrody – oni także na swój sposób, może nie zawsze do końca udany, starają się wyjść poza swój partykularny interes, starają się odwołać do szerszego interesu społecznego. Moim zdaniem każdy tego typu konflikt jest szansą dla miasta, a próba jego zgniatania jest niedemokratyczna i po prostu – w dłuższej perspektywie – głupia.

Przykład z Gliwic to mobilizacja przeciwko projektowi potencjalnie szkodliwemu dla miasta – ale można założyć, że gdyby planowano wzdłuż czyichś domów poprowadzić linię tramwajową, to cel mógłby być z punktu widzenia budowania zrównoważonego miasta słuszny, a reakcja prawdopodobnie taka sama.

Nie wiemy tego – tutaj dywagujemy. Nawet jeśli pojawiłby się protest, to pytanie czego tak naprawdę by dotyczył. Być może hałasu? 25 lat temu podróżowałem po Europie autostopem i w Karlsruhe prawie mnie tramwaj zabił, ponieważ jechał absolutnie bezszelestnie. Hałas to kwestia techniczna. [Może więc chodziłoby o] natężenie ruchu? Tramwaj powstaje tam, gdzie istnieje odpowiednia gęstość zaludnienia, ale też oczywiście generuje ruch. Pytanie – do jakiego stopnia to jest niebezpiecznie, złe dla ludzi i co ci ludzie chcą ochronić, a do jakiego stopnia jest to pożyteczne, biorąc pod uwagę, że ci ludzie mają tam sklepy, biznesy, że mogą się łatwiej komunikować z miastem. Może to jest naiwne, idealistyczne, ale ja naprawdę wierzę, że w zdecydowanej większości przypadków jesteśmy w stanie znaleźć odpowiednie rozwiązanie, które usatysfakcjonuje zdecydowaną większość mieszkańców. Chociaż oczywiście zawsze znajdą się też ludzie, którzy są po prostu aspołeczni czy socjopatyczni.

Rozmawiamy o różnych zagrożeniach w procesie partycypacji, ale wróćmy do samego sposobu jego funkcjonowania: na ile można regulować partycypację sprawnym mechanizmem, a na ile potrzebna jest „dżentelmeńska umowa” wewnątrz społeczeństwa? Czy jednym da się kompensować brak drugiego i na odwrót?

Ja bardzo wierzę w instytucje, uważam, że instytucjonalne ramy są bardzo ważne. Natomiast musimy też mieć język, muszą istnieć pewne konwencje, musimy mieć kapitał społeczny, musimy sobie ufać [aby proces partycypacji mógł funkcjonować]. Jest mnóstwo drobnych elementów, które są istotne w mediacji. To, że ufamy sobie, że Pani nie przekręci moich słów i opublikuje to o czym rozmawiamy, a nie zrobi ze mnie wariata – to jest pewna konwencja, na podstawowym poziomie. Gdy przestajemy sobie ufać, gdy uważamy, że nasz sąsiad chce nas wykiwać, to pojawia się problem. Do pewnego stopnia możemy to kontrolować instytucjonalnie, mogę na przykład podać Panią do sądu, ale to musi działać warstwowo.

Czy u nas ta konwencja jest wypracowana? Panuje przekonanie, że Polacy są mało aktywnym społeczeństwem, że brak nam wzajemnego zaufania, mamy niskie poczucie wspólnoty, że trochę się jeszcze do tego nie nadajemy i potrzebujemy czasu.

Wraca Pani do braku wiary, że ludzie potrafią sami sobie radzić. Myślę, że [taka konwencja] jest do szybkiego wypracowania. Jeśli damy ludziom przestrzeń, to ludzie tę przestrzeń wypełnią. Musimy dać czas, musimy dać język, muszą być eksperci, którzy wytłumaczą, pokażą konsekwencje, policzą to, czego ludzie nie mając wiedzy nie są w stanie policzyć. Nie sądzę, żeby to był jakiś dramatyczny problem. Tylko że to jest projekt wielowarstwowy: wchodzimy z wiedzą ekspercką „na dole”, prowadzimy proces ewaluacji tego, co się dzieje, czyli jeśli zostaną podjęte jakieś decyzje, to one zostaną sprawdzone, i [ta informacja zwrotna] wróci do osób, które podejmowały te decyzje. To nie jest tak, że ktoś mówi: głosujemy na jeden projekt i koniec. To się tak nie kończy. To jest raczej długotrwały proces samorefleksyjny. Jeśli podchodzimy do tego w taki właśnie sposób – mówimy wprost czemu to ma służyć i jaki jest cel tej działalności – to nie widzę tu problemu. Tu są problemy technicznie: braku pieniędzy, braku odpowiednich doświadczeń, braku ekspertów, ale nie sądzę, żeby to był „genetyczny” problem.

[W kwestii budowania zaufania] – potrzebujemy czasu, potrzebujemy przestrzeni – ale to się nie stanie samo z siebie. Zaufanie powstaje na zasadzie budowania, testowania tego zaufania. Budujemy to zaufanie, możemy popełnić błędy i nikt nam za to głowy nie utnie.

No właśnie, czy w tym procesie partycypacyjnego podejmowania decyzji jest miejsce na błąd? Czy możemy wliczyć w ryzyko podjęcie przez mieszkańców niewłaściwej decyzji, ale w dłuższej perspektywie nam się to opłaci?

Myślę, że to problem przyzwolenia na błąd, na słabość – możemy się pomylić, to może się nie udać. Do tego właśnie potrzebny jest ten mechanizm autorefleksji, który pozwala korygować te błędy, pozwala je naprawić. Patrząc znów na przykład Gliwic – tam błąd popełnili planiści i władze miasta, ale nie da się już tego odkręcić, ponieważ włożono w to olbrzymie pieniądze, wyburzono kawał miasta. W tej chwili można próbować zaistniałą sytuację ratować, prędzej czy później, raczej później, pojawią się pewnie pomysły, jak np. zakrywać tę drogę.

W dyskusjach takich jak w Gliwicach ścierają się zwykle społeczności o bardzo wyraźnie zarysowanych poglądach – przeciwko działaniom miasta głośno protestują zorganizowane grupy np. pragnące ograniczyć transport samochodowy w mieście. Czy nie rodzi to zagrożenia przejęcia narracji przez grupy aktywistów, lobbujących za rozwiązaniami zgodnymi z konkretnym światopoglądem, niekoniecznie zgodnym ze światopoglądem większości mieszkańców?

Operuje Pani strukturą walki elit: powstaje elita urbanistów – elita władzy i elita opozycji, która lobbuje za określonymi rozwiązaniami. To, o czym mówię, jest zupełnie czymś innym – mówię o radykalnej demokratyzacji całego procesu. W tym wypadku rola władzy i ekspertów powinna się skupiać na rozszerzaniu tej bazy demokratycznej. Gdy pracowałem w Irlandii na uczelni, akurat trafiłem na podsumowanie dużego projektu badawczego prowadzonego przez uniwersytet, gdzie badano public participation w Irlandii. Wyniki były tak naprawdę bardzo zniechęcające. Bo rzeczywiście było tak, że najbardziej „krzyczeli” ci, którzy mieli pieniądze, mieli kapitał kulturowy, mieli język, by mówić o własnych interesach. [W ramach projektu] odbyła się konferencja, na którą przyszła pewna kobieta, która reprezentowała travellersów[3]. Była bardzo rozżalona, mówiła: nasz głos jest zawsze zakrzyczany, zawsze ginie, zawsze jesteśmy spychani na margines, bo [na konsultacje] zawsze przychodzi ktoś, kto jest w stanie np. poświęcić czas, a ludzie biedni nie mają czasu, bo muszą pracować. Klasa średnia ma czas, ma możliwości, ma kontakty. Możemy wierzyć, że wszyscy są równi i mają równe szanse [na uczestniczenie w procesach partycypacji], ale [ta zasada] łatwo się degeneruje. Trzeba mieć świadomość tych niebezpieczeństw, tych mechanizmów przejmowania protestu. Dobrym przykładem jest Kukiz. Bunt? Oddolny? Nie! Jak się popatrzy, kto za Kukizem stoi, okaże się, że to są ludzie, którzy byli w polityce od dawna, którzy mają pieniądze.

A więc najgłośniejsi są ci, którzy najwięcej wiedzą, mają świadomość jak działają pewne mechanizmy, mają czas i pieniądze żeby się zaangażować i chcą się wypowiedzieć w imieniu innych. Jak od tego uciec? Czy jest jakiś idealny model, który pozwoli każdej grupie zabrać głos po równo, czy trzeba ustalić swego rodzaju parytety?

Bardzo lubię przykłady z Ameryki Południowej. [Uniwersytet w] Plymouth przyznał niedawno doktorat Honoris Causa Jaimemu Lernerowi, który był dwukrotnie burmistrzem Kurytyby. On i kilku innych burmistrzów z miast Ameryki Południowej, którzy osiągnęli sukces, np. burmistrz Bogoty, działali na zasadzie pewnego autorytarnego impulsu, którego później się pozbywali. Zdobywali władzę, a potem tej silnej, autorytarnej władzy używali po to, żeby demokratyzować [miejskie procesy], żeby włączać mieszkańców [w decydowanie o mieście].

W tej sytuacji pojawia się pytanie, czy władza nam służy do pompowania własnego ego, czy do tego żeby coś osiągnąć. Ludzie, którzy byli wybierani [na burmistrzów] szli tam po to, żeby coś zrobić. Lernera nie interesowało pompowanie swojego ego – miał wystarczająco dużo sukcesów w innych dziedzinach. On chciał zmienić miasto. I tyle. Wszystko zależy od tego, jak władza jest rozumiana.

Czyli czasem niezbędny jest ten „autorytarny impuls”, silna władza.

Dlatego nigdy nie będę występował wprost przeciwko władzom polskich miast, na zasadzie – oni są zawsze źli, a ci, którzy protestują – zawsze dobrzy. To błędna perspektywa. Natomiast mój zarzut wobec większości polskich miast, to to, że oni swojej władzy nie używają.

Rozwinięta partycypacja i silna władza w mieście idą więc w parze?

Moim zdaniem to może działać tylko na tej zasadzie – władza musi być silna. Moja obsesja budowania podmiotowości miasta łączy się z silną władzą – demokratyczną, inkluzywną, ale silną. Miasto nie istnieje w próżni. Jest państwo, które ma własną politykę, jest województwo, które też pewną politykę prowadzi. Przede wszystkim są międzynarodowe korporacje i inne siły, które przerastają swoją siłą miasto wielokrotnie. Tylko powszechna mobilizacja silnej władzy miejskiej, wspartej partycypacją, swoimi mieszkańcami, jest w stanie w tak trudnym otoczeniu sobie poradzić. Moim zdaniem to jedyny model, który mógłby funkcjonować.

Rozmawiamy cały czas o metodach kreowania miejskiej polityki i włączania mieszkańców w proces podejmowania decyzji. Co natomiast z samą współczesną wizją miasta, jakie miasto warto dziś tworzyć? Przestrzega Pan, aby np. do modnych ostatnio w Polsce idei Gehla podchodzić z rezerwą. Wspomniał Pan za to, że zostały z entuzjazmem przyjęte w putinowskiej Rosji.

Gehl był świetny w Danii, w jednorodnym społeczeństwie, dosyć bogatym – adresuje problemy klasy średniej. W momencie, gdy występują olbrzymie nierówności społeczne, przemoc polityczna, bieda, to tak naprawdę Gehl nie rozwiązuje problemów. Bardzo łatwo jest „wziąć” Gehla, użyć go do estetyzacji przestrzeni publicznej, w której pojawią się ławki, rowery, jednak tak naprawdę będzie to rodzajem social cleansing.

Wszystkie pojęcia, które mogą być pojęciami autorytarnymi, przymusowymi, takie jak stwierdzenie, że coś jest ładne, to potencjalne konflikty. „To jest ładne” może oznaczać średnioklasowy, narzucony zestaw wartości. Stragan z biustonoszami czy kebabami jest brzydki, w związku z czym należy go usunąć. To jest furtka do działań ekskluzywnych, do wykluczania. Wierzę, że powinniśmy próbować to renegocjować. Ta „ładność” jest czymś, przy czym powinniśmy się pospierać, podyskutować, żeby zastanowić się, co to naprawdę znaczy. Nie możemy ignorować estetycznego wymiaru przestrzeni i architektury, natomiast zdecydowanie jest to kwestia, która wymaga poważnej dyskusji i będzie powodowała konflikty.

Mówi Pan, że estetyzacja i Gehl to za mało, by zmieniać miasto, że to zbyt powierzchowne; odwołuje się Pan do moralności architektów i urbanistów – z kim architekci i urbaniści mieliby się spierać o swoje moralne obowiązki?

Oczywiście z użytkownikami. Kiedy zaczynam taką rozmowę z moimi studentami, przytaczam przykład: obóz koncentracyjny został przez kogoś zaprojektowany, bardzo dobrze i funkcjonalnie. Moim zdaniem mamy obowiązek refleksji etycznej nad przyjmowanymi zleceniami.

Mieliśmy ostatnio niesamowite doświadczenie – chcieliśmy zorganizować promocję książki o inkluzywności[4], duża architektoniczna firma zgłosiła się do nas z propozycją zorganizowania w ich biurze w Londynie promocji i wystawy. Wysłaliśmy im książkę i po paru dniach dostaliśmy maila, że może lepiej będzie jednak nie organizować promocji w głównym biurze firmy w centrum Londynu, tylko w mniejszym oddziale w pewnej oddalonej od centrum dzielnicy, a właściwie, z uwagi na niewielkie rozmiary tego drugiego biura, najlepiej byłoby zrezygnować z organizacji wydarzenia w ogóle. Jak się okazało, jeden z dyrektorów uznał, że dyskusja na temat miasta inkluzywnego może być niebezpieczna dla ich biznesu. Firma ta była znana ze swojej wrażliwości społecznej, natomiast jedyne, co ostatnio projektowali, to super ekskluzywny biurowiec, więc uznali, że mogą zostać poddani krytyce i może to zaszkodzić ich interesom.

Dla moich studentów to była świetna szkoła pokazująca, że pole do debaty wśród architektów jest tak wąskie, że nawet podjęcie dyskusji na temat [miasta inkluzywnego] [budzi niepokój]. Duże biuro architektoniczne się po prostu przestraszyło i wycofało.

Odwołuje się Pan do moralności projektantów – jednak czy nie jest prawdziwe stwierdzenie, którym bronią się architekci, biorąc zlecenia potencjalnie szkodliwe dla miejskiej przestrzeni: „I tak ktoś to zrobi”?

To jest argument, z rodzaju „jak ja cię nie zabiję, ale pewnie ktoś inny cię zabije, więc jednak ja to zrobię”. Dobrze brzmi w internetowej dyskusji, ale jest fundamentalnie fałszywy – ignoruje bowiem kontekst każdego działania. Projektanci będą się dobrze zachowywać, jeśli z jednej strony państwo a z drugiej mieszkańcy miast będą im uważnie patrzyli na ręce.

[1]             budżet partycypacyjny w Porto Alegre w Brazylii funkcjonuje w oparciu o otwarte spotkania na poziomie sąsiedzkim, regionalnym i ogólnomiejskim, podczas których mieszkańcy wraz z wytypowanymi przez siebie delegatami określają priorytetowe projekty i poziom ich dofinansowania.

[2]           NIMBY – akronim zwrotu „Not In My Back Yard”, czyli “nie na moim podwórku”, opisujący postawę prezentowaną przez mieszkańców danego obszaru, polegającą na sprzeciwianiu się inwestycjom w ich najbliższym otoczeniu, tylko z uwagi na ich lokalizację.

[3]           Irish travellers – grupa etniczna pochodzenia irlandzkiego, prowadząca koczowniczy tryb życia i posługująca się odrębnym językiem, zamieszkująca przede wszystkim Irlandię, ale także Wielką Brytanię oraz Stany Zjednoczone

[4]              Radical Inclusivity. Architecture and Urbanism, pod red. Krzysztofa Nawratka, Plymouth, dpr-barcelona, 2015

 

 

  • ugg pas cher
  • relojes especiales
  • relojes especiales
  • replica uhren
  • replica uhren
  • relojes especiales
  • orologi replica
  • replica uhren
  • nike air max pas cher
  • replicas de relojes
  • replique montre
  • orologi replica
  • orologi replica
  • ugg pas cher
  • air jordan pas cher
  • ugg pas cher
  • relojes especiales
  • orologi replica
  • replica uhren
  • replica uhren
  • orologi replica
  • replique montre
  • replique montre
  • relojes especiales
  • ugg pas cher
  • orologi replica
  • relojes especiales
  • relojes especiales
  • ugg pas cher
  • air max pas cher
  • replicas de relojes
  • replique montre
  • replique montre
  • orologi replica
  • replique montre
  • replique montre
  • relojes especiales
  • replicas de relojes
  • replica uhren
  • orologi replica
  • replique montre
  • orologi replica
  • replique montre
  • ugg pas cher
  • replique montre
  • replica uhren
  • replica uhren
  • orologi replica
  • orologi replica
  • orologi replica
  • replica uhren
  • air max pas cher
  • replique montre
  • ugg pas cher
  • ugg pas cher
  • air jordan pas cher
  • replica uhren
  • ugg pas cher
  • replique montre
  • orologi replica
  • ugg pas cher
  • orologi replica
  • ugg pas cher
  • orologi replica
  • Replicas de Relojes
  • relojes especiales
  • replicas de relojes
  • ugg pas cher
  • replicas de relojes
  • replica uhren
  • ugg pas cher
  • replique montre
  • ugg pas cher
  • replica uhren
  • relojes especiales
  • ugg pas cher
  • nike air max pas cher
  • Replica Uhren Bering Replique Montres Imitacin Rolex Imitazione Di Orologi Rolex Imitazione Di Orologi Longines
    sitemap
    Replica Rolex Montres